Marzenia młodej matki, czyli nie chcę zgubić siebie.


sisters-929172_1280

Dzisiaj mój „maluch” kończy 16 miesięcy może właśnie z tego powodu natchnęło mnie na małe podsumowanie.

Nie chce tu pisać o tym co mój syn już umie jak się z dnia na dzień zmienia, rozwija, chodzi i biega. To wie i zna z autopsji każda matka – jej dziecko jest najlepsze. I szczerze? Co Was obchodzą nasze „osiągnięcia” 😉 Moje podsumowanie dotyczy bardziej mnie niż Julka.  Tego co warto w życiu robić.

Jak już kiedyś pisałam zawsze zarzekałam się, że nie będę miała dzieci… „Ja? A po co mi to. Te płacze, te wrzaski, poświęcenia i wyrzeczenia. Po co i na co.” –  Nie widziałam w tym nic przyjemnego.  Teraz, zmieniam zdanie. Ba! Zmieniam je o 180* – ja odnajduje się w tym całym macierzyństwie. No może nie koniecznie w nieprzespanych nocach i zmianach pieluch, ale podoba mi się to, że mogę dać komuś całą siebie.  Że ten ktoś mnie kocha, że jestem dla niego ważna. Że mogę pokazać mu świat.  Że w końcu to co robię ma sens. To nie jest praca, po w której ktoś mi narzuca obowiązki – robię to na co świadomie się zdecydowałam. Chciałam zostać matką i w konsekwencji tej decyzji robię to co do tej roli przypisane. Powiem więcej! Ja nie czuje potrzeby pracować. Nie zależy mi na karierze w korpo, awansach itd. Nie czuję tego. Nie mam potrzeby wstawać o 6 i pędzić do pracy. Ubierać się w szpilki, spódnice i stać w korkach. Ja świetnie czuję się w dresach i trampkach.  Nie myślę o tym kiedy w końcu oddam dziecko do żłobka i „uwolnię się” od siedzenia w domu.  Nie to, że jestem matką polką, bez makijażu, która chciałaby całe życie prać, sprzątać i gotować. Co to, to nie. Chciałabym raczej, aby moje życie wypełnione było rzeczami, na które ja świadomie się decyduję. Chciałabym mieć czas na spacery po lesie, wycieczki rowerowe, zachwycanie się tęczą i taplanie w kałużach  razem z synem. Chciałabym móc razem z nim gapić się na biedronkę a nie pośpieszać go patrząc nerwowo na zegarek.  Chciałabym mieć czas na własny rozwój, warsztaty czy pilates.  Chciałabym móc robić to co wg mnie mnie rozwija, co daje mi siłę i mnie nakręca. Co sprawia, że czuję że jestem TU i TERAZ.

Chodząc do pracy nie będę miała na to czasu, będą te przykre obowiązki „przydomowe”, które zajmą nam połowę weekendu, bo w tygodniu już nikt nie będzie miał na nie sił. W pracy będę musiała spełniać oczekiwania szefowej, koleżanek, wywiązywać się z obowiązków, które często nie będą mi się podobały. Będę szła do pracy „wyłączając siebie” i włączając tryb „pracownika”. Wychodząc z pracy będę logistykiem, który planuje czy najpierw zrobić zakupy czy odebrać dziecko.

Owszem, można zmienić pracę. Robić to co się w życiu kocha- tak przynajmniej krzyczą nagłówki czasopism dla kobiet sukcesu. Które chcą nam wmówić, że można, że trzeba.  Ale czy to co się kocha przyniesie pieniądze??

I tu tkwi cały szkopuł. W dzisiejszych czasach nie pracujemy dla zabicia czasu, nie pracujemy dla przyjemności ani po to, żeby rozwijać siebie czy swoje pasje. Pracujemy po to, żeby móc żyć. Żeby mieć pieniądze bez których nie da się przetrwać choćby jednego dnia. Wpadliśmy w pułapkę, w której najcenniejszy stał się czas wolny. Pułapkę, gdzie pracujemy, bo musimy a pod przykrywką sukcesu wypalamy się, zapominając o własnych potrzebach i pragnieniach. Gubimy siebie.

Niestety nie udało mi się wygrać w totolotka tych  60 milionów, o których marzyła cała Polska. Kawałek rzeki z okolicznym lasem nadal nie będą moje, marzenie o własnej agroturystyce też musi poczekać. A ja zamiast zajść w drugą ciążę i cieszyć się tym co w życiu najpiękniejsze, czyli możliwością podarowania komuś życia, jestem zmuszona do powrotu do pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *