Pierwszy rok już za nami – nagrodzony fragment mojego bloga. 2


11241930_868266839908854_3286897819402174687_n

Mój synek właśnie skończył roczek. Swój pierwszy roczek. Ale i dla mnie był to pierwszy rok w nowej roli. W roli mamy. Roli trudnej i pięknej jednocześnie. Gdybym miała podsumować w jednym zdaniu te 365 dni to powiedziałabym, że był to najpiękniejszy i najlepszy rok w moim życiu i chyba nigdy nie czułam się taka spełniona.

Nie był on broń boże łatwy. Zwłaszcza początki mieliśmy trudne. Jednak pierwszy uśmiech dziecka, pierwsze głębokie spojrzenia w oczy, pierwsze obejmowanie za szyję, pierwsze kroczki na chwiejnych nóżkach są tak niesamowite, że dają radość większą niż wygrana w totolotka.

Niedawno miesięcznik „Dziecko” ogłosił konkurs „Piszę o dziecku”. Wysłałam fragment mojego bloga. Te pierwsze, początkowe wpisy. Osobiste i subiektywne a jednak w tamtych czasach niezmiernie mi pomocne. Wysyłając je nie sądziłam, że uda mi się zostać jedną z laureatek. Że komuś się spodobają. A jednak.
Cieszę się, że ktoś docenił moje pisanie. Dlatego dziś publikuję raz jeszcze te pierwsze początkowe wpisy. Przypominając sobie jednocześnie jak długą drogę przebyliśmy przez ten rok.

” 15.02.2015r.

Dzieci? Jakie dzieci?-  Nigdy w życiu. Ciąża? Rozstępy, żylaki, hemoroidy? Dodatkowe kilogramy. Niee dziękuje. Po co??  Po co mi to. Te rozmowy o kupkach,  ulewaniu, lulaniu.

A jednak…. Trafiło i mnie. Zachciałam. Wyśniłam. Wydoroślałam? Zestarzałam się?
Chyba jednak dojrzałam…
I nie żałuję…
A nie mówiłam, że do trzydziestki się ogarnę?? 🙂

19.02.2015r.

Po co mi blog akurat teraz? W momencie jak urodziłam dziecko. Przecież na nic nie mam czasu. Tłuste włosy, wyciągnięty dres, podkrążone oczy, permanentny brak snu i powieki na zapałki. Jak w tym wszystkim znaleźć czas na siedzenie przed komputerem.
Otóż właśnie macierzyństwo a zwłaszcza pierwsze dni skłoniły mnie do refleksji.

Może moje pisanie pomoże choć jednej przyszłej mamie, która spodziewa się dziecka, ale nie spodziewa się tych trudnych początków.

Na reklamach czy w filmach te wszystkie panie są radosne i uśmiechnięte i przede wszystkim wypoczęte. dzieci piękne i radosne bez wyprysków na twarzy czy ciemieniuchy. nie płaczące, bez kolek- no wprost idylla. Szkoda, że rzeczywistość wygląda inaczej. To dokładnie tak jak z paniami w gazetach, które wszystkie są identycznie chude i zgrabne, pięknie ubrane i żadna z nich nie należy do grona tych „sympatycznych”.  Potem przeciętna kobieta kupuje ową gazetę i chłonie obrazy tych pań z photoshopa wierząc, że one tak naprawdę.
Kult młodości zawładnął światem.

To samo ma się z macierzyństwem. Idealna wizja idealnej mamy panuje od jakiegoś czasu. Frustruje. Przynajmniej mnie. Bo czemu nikt nie uprzedza. Nie powie „początki są trudne, ale pamiętaj, że dasz radę. To MINIE”.

I tylko sąsiadka, która sama jest młodą mamą mijając mnie w windzie powiedziała  ” I jak sobie radzisz? początki są ciężkie., prawda?”……..niestety.

 

24.02.2015r.

Od czego by tu zacząć.. może od tego, że gdy już wypuszczają nas ze szpitala do domu i wydaje nam się, że już zaraz będzie lepiej, znajdziemy się w swoim azylu skorzystamy z własnej a nie wspólnej toalety i położymy we własnym a nie przechodnim łóżku, kłopoty dopiero się zaczną…
Jak by nie było w szpitalu opiekę lekarza mamy na wyciągnięcie ręki. w domu jesteśmy zdani na własną intuicję, ewentualnie porady z grona najbliższych. Bo instrukcji obsługi  bobasa nikt nie załącza. a szkoda. Bo skąd wiedzieć czemu płacze skoro płacze ciągle a my zrobiliśmy już wszystko. Ratunkiem w tym wypadku zdawała by się być wizyta u lekarza. Mądry doświadczony w mig rozwieje nasze lęki. Nic bardziej mylnego. No bo jak wyjść spokojnym od lekarza kiedy słyszy się „dziecko jest zagłodzone” „musi pani karmić na żądanie, a najlepiej co godzinę”.
– „A krosty na twarzy?” – „przegrzewa pani dziecko”  i jak mięso na blacie raz dwa obróci tu puknie tam puknie i już dziecko „obejrzane”.

Raz, że poczucie winy wzrasta, bo co z nas za matka skoro nie umie wykarmić dziecka. Dwa bycie dojną krową nie jest szczytem marzeń młodej matki, starej też nie. Więc z poczuciem winy wracamy do domu. Lecz coś nam mówi, że potówki na twarzy to dość dziwny przypadek, bo przecież w masce dziecko nie leżało. Zradza się myśl, by odwiedzić innego lekarza.  I tu z kolei lekarz ma już inną teorię, coś o zapaleniu dróg moczowych i trądziku no i najlepiej to nam będzie w szpitalu.

A więc ze łzami w oczach i załamaniem nerwowym jedziemy do szpitala „ratować” dziecko.

Szpital ratuje i dziecko i mamę. A raczej „wkońcunormalna” pani doktor.  To ona uspokaja i tłumaczy że żaden tam trądzik czy potówki a zwykłe hormony szaleją i że jak się wyszaleją to minie. A do tego dziecko nie głodzone tylko wybrzydza bo ma alergię. Ot co. I po sprawie. Leżenie w szpitalu całkowicie zbędne.
I „wkońcunormalna” pani doktor jako jedyna zwróciła uwagę, że oprócz tego dziecka jest jeszcze ktoś. Ktoś kto to dziecko urodził i siedzi sobie teraz cichutko z boku, ze złami w oczach i poczuciem winy, i że to chyba ona najbardziej potrzebuje pomocy. Pani doktor motywuje, przytula, patrzy ze zrozumieniem. To ona  przywraca wiarę w siebie i dodaje siły. Dam radę,  potrafię!

Nie cennych rad, czy trafnych uwag a zrozumienia i duuużo akceptacji. Tego najbardziej potrzeba młodym mamom.

Łatwiej jest wtedy kochać siebie.

 

05.03.2015r.

Podobno psa można przygotować na narodziny dziecka. Podobno. Nam się to chyba średnio udało. Przez całą ciążę pozycja psa w rodzinie nie uległa zmianie. Nadal zasypiał w fotelu, w nocy wskakiwał pod kołdrę, żeby nad ranem obudzić się na mojej poduszce. Przez całą ciążę był przytulany i rozpieszczany jak przedtem.  Dostawał tyle uwagi ile chciał, do tego długie spacery i przysmaki ze stołu.

Teraz długie spacery zostały zawieszone,  leżenie i przytulanie również ograniczone a o leżeniu całymi wieczorami przed TV nie ma mowy.  Pozycja psa zdegradowana w ułamek sekundy. I nawet zaczął spać na swoim posłaniu. Chyba poczuł, że jest psem a nie człowiekiem na czterech łapach.

Mimo wszystko zastosowaliśmy kilka chwytów, które powinny psa „wprowadzić w temat” :
po narodzinach dziecka przynieśliśmy pieluszkę, żeby pies poznał zapach dziecka
po powrocie ze szpitala pies mógł powąchać dziecko i może nadal jednak bez większych czułości 😉
gdy mały śpi staramy się poświęcić chwilę psu- niech wie, że nadal jest dla nas ważny. No i wreszcie spacery – chodzenie z wózkiem i psem jednocześnie jest możliwe 🙂

 

10.03.2015r.

„Mama powinna znaleźć codziennie chwilę tylko dla siebie”. Tak czytam w czasopismach mamowych, poradnikach dla rodziców, skarbnicach wiedzy o bobasach. Jasne! Chwila na przyjemność mi się należy! Przyjemność? hmm … Jedzenie! Tylko, że karmiąc dziecko uczulone na białko krowie nie jest łatwo o przyjemność. Produkty mlekopochodne są praktycznie we wszystkim- nawet w sucharkach czy parówkach. tak więc przekąski czy coś na „poprawę humoru” odpada. Nie mówiąc już o pizzy czy bezie. Dieta eliminacyjna wykańcza głównie psychicznie. Zero nabiału, zero wafelków, białego pieczywa… śni mi się czekolada…i bagietki.

Z innych przyjemności.. sauna? Odpada. Lekarz nie zaleca. Bieganie?? Przy karmieniu piersią – dość mało przyjemne. Piwo? Wino? Od prawie roku nie miałam alkoholu w ustach. No to co z tą przyjemnością.

Staram się wymyśleć rzeczy „dlasiebie”:
– długi prysznic, pod warunkiem, że ktoś jest w domu,
– wieczór z herbatą i filmem, oby krótkim,
– czytanie ulubionej gazety byle by krótkie artykuły,
– zrobienie makijażu, zawsze to milej spojrzeć w lustro. I nieważne, że siedzimy cały dzień w domu i nikt nas nie widzi. Ważne, że jesteśmy ze sobą 24h/ dobę a to głównie sobie mamy się podobać.

Jak widać moja lista jest krótka i mało ambitna, ale nie ważne jakie to będzie zajęcie. Ważne żeby nas relaksowało i „wyłączało” choć na chwilę z roli mamy, którą pełnimy całodobowo już do końca życia więc krótki urlop nam się należy.

20.04.2015r.

Tyle dni już minęło …. jak jeden dzień. i rzeczywiście oglądając zdjęcia pod którymi chcąc nie chcąc wyświetla się data aż nie dowierzam. Kiedy? A to nie było tydzień temu? No zaraz… przecież… przyznaję … czas pędzi jak szalony. Przyznaję … czas leczy rany. Ciężkie początki dawno minęły i przyznaję … to się ZAPOMINA.

Jak już człowiek napisze sobie sam instrukcję, której na wstępnie nie dostał. Rozpozna płacz i rozkoduje go. Opanuje obsługę, kolki i inne alarmy to można zacząć cieszyć się faktem istnienia nowego członka rodziny, który dodatkowo obdarza nas uśmiechem. Naprawdę bezcenne.”

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 komentarzy do “Pierwszy rok już za nami – nagrodzony fragment mojego bloga.