Hiszpańska nauka bycia sobą.


Kiedyś w trakcie wizytacji w hiszpańskim żłobku po prostu oniemiałam. Oto na zdjęciach hiszpańscy żłobkowicze uczestniczyli w zajęciach plastycznych. W samych pampersach umazani po pachy farbami, radośnie raczkowali po sporym prześcieradle. Taka tam artezabawa. Panie zdawały się mieć równie pogodne miny. Nie że „O BOŻE KTO TO WSZYSTKO POSPRZĄTA!”  Raczej „Dzień jak co dzień i kto by się tam martwił”.

A co to takiego ktoś powie, ja ze swoim dzieckiem też chodzę na Ansekabanse czy inne turlanki dla niemowląt.  U nas w Polsce też to mamy. No mamy mamy tylko, że takie rzeczy u nas dzieją się owszem, ale odpłatnie. W prywatnych placówkach, klubokawiarniach. W miejscach nastawionych na dziecko.  A tam takie cuda dzieją się PAŃSTWOWO. Myślałam, że może to pod nas, że tak do zdjęcia.  Chwilowo. Ale nie. Obserwując ich bacznie przez kolejne godziny widziałam jak panie śpiewają do dzieci, jak je kołyszą i tulą, jak tańczą w liściach. Jak śmieją się  do siebie.  Nie cicho ukradkiem lecz głośno, biesiadnie.

Te kilkumiesięczne dzieci nie obserwowały pań w roli opiekunek, wykwalifikowanej kadry z mgr przed nazwiskiem. One patrzyły i uczyły się życia od osób, które były sobą i naturalnie, przez obserwację właśnie, uczyły się, że owo bycie sobą jest fajne, że można się bawić i można wygłupiać. Że można coś wylać a potem to posprzątać. Nie trzeba stać w rzędzie, bo wizytacja. Bo co powiedzą i jak ich ocenią. W polskim przedszkolu stały by pewnie wzdłuż taśmy przyklejonej do podłogi równo i powściągliwie. W końcu grały by rolę grzecznych wychowanków wzorowej pani nauczycielki.

13709923_850111741788043_4775979373703612063_n

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *